Cień 01 – Zlecenie

Ulice miasta, mimo padającego deszczu były pełne ciżby ludzkiej. Ot, dzień jak co dzień. Kramarze zachwalali swój towar, klienci wolno snuli się między stoiskami, niektórzy targowali się chcąc dobić satysfakcjonującego interesu… Czyiś przenikliwy wzrok z podcienia kamienicy lustrował otoczenie. Wysoki mężczyzna z jasnymi włosami opadającymi na ramiona opierał się o wilgotny mur. Jego przymknięte oczy sprawiały wrażenie nieprzytomnych, ale to tylko pozory. W rzeczywistości tajemnicza postać była czujna i spięta niczym ryś przed skokiem na ofiarę. W dodatku można by przysiąc, że ona sama była niewidoczna dla przechodzących ludzi. Tajemniczy długowłosy sięgnął pod poły płaszcza i namacał zawieszony na szyi talizman w kształcie rubinowego oka w złotej oprawie. Oko mroku promieniowało tajemniczym ciepłem. To jego moc sprawiała, że nosząca go osoba była jakby niezauważalna dla innych. Nie, nie była to zwykła, banalna niewidzialność. Po krótce można powiedzieć, że umysł ludzki nie rejestrował obecności właściciela talizmanu. Każdy człowiek, kiedy dostatecznie mocno się skupi jest w stanie sobie przypomnieć co i kogo mijał w określonym momencie. Przykładowo kiedy spytać kogoś ile osób widział podczas wizyty w sklepie, to taki ktoś kiedy sięgnie myślami do wnętrza swojego umysłu może przypomnieć sobie nie tylko ile osób było w danym miejscu, ale też jak wyglądały, a jeśli ten ktoś odznacza się bystrym okiem i dobrą pamięcią to również co napotkane osoby mówiły i robiły. Talizman oka mroku zasnuwał tajemniczą mgłą pamięć każdego postronnego obserwatora. Nawet gdyby komuś z niewyobrażalnym trudem udało się przypomnieć, że prócz zapamiętanych ludzi był ktoś jeszcze to już niemożliwym było przywołać wspomnienia jak osoba owa wyglądała, a tym bardziej jakie były jej słowa. Przechodzący ludzie w ostatniej chwili zauważali wysokiego mężczyznę i robili gwałtowne uniki by się z nim nie zderzyć. Po chwili zapominali o całej sytuacji i szli dalej do swoich spraw. Nazywano go Cieniem. Nikt nie znał jego imienia, ani pochodzenia. Przed laty po prostu przybył skądś do Ekelect i z tym miastem powiązał swoje losy. Trudnił się zajęciem pożytecznym i niebezpiecznym zarazem. Kiedy ktoś miał poważne problemy mógł za odpowiednią i oczywiście szczodrą opłatą skorzystać z usług Cienia, zwłaszcza gdy owe „poważne problemy” miały postać innego bliźniego. Dzisiaj też miał umówione spotkanie z tajemniczym zleceniodawcą. Nagle oczy Cienia wyłowiły z tłumu znajomą postać. Po przeciwnej stronie drogi szedł, wyraźnie utykając na nogę młody, na oko dwudziestoletni mężczyzna. Wypieki na zmęczonej twarzy wskazywały, że trawi go wysoka gorączka. Tego gagatka kojarzył doskonale. Ostatni raz zobaczył go przed paroma dniami kiedy jak oparzony uciekał z piwniczki pewnego domostwa. Rozdarł spodnie na zardzewiałym gwoździu lichego płotu i uciekał gdzie pieprz rośnie. Cieniowi wydało się to podejrzane. Odczekał wtedy kilka chwil, po czym sam podkradł się cicho pod wejście do piwniczki. Zapalił krzesiwem ogarek świecy i zapuścił się do ciemnego i cuchnącego wnętrza. Jakiś czas później ostrożnie wyszedł na świeże powietrze i udał się w stronę furtki. Posiadany talizman działał również na zwierzęta, więc Cień nie obawiał się ataku mijanego psa, który począł gwałtownie węszyć, ale nie zauważywszy zagrożenia udał się w stronę rozwalającej się budy. Płatny morderca myślał intensywnie. Więc to takie sprawy… Niby taki porządny kupiec z tego Lemke , a tu trup w szafie, no w piwnicy konkretnie… A zresztą… To nie mój problem…
Wnętrze karczmy „Pod Kurą i czarodziejem” pełne było mniej lub bardziej pijanych ludzi. Cień zajmował mały, oddalony od reszty stolik w rogu i spod założonego na głowę kaptura obserwował wnętrze. Kleofas uwijał się za ladą szykując dzbany pełne szczyn dumnie nazywane tutaj piwem i winem. Podpita hołota co rusz wszczynała między sobą awantury lub intonowała bełkotliwe, pijackie pieśni. Dwóch zataczających się kompanów, zapewne pracowników pobliskiej garbarni sądząc po ich specyficznym zapachu, podeszło do stolika Cienia. Zauważywszy w ostatniej chwili, że upatrzone miejsce jest zajęte jeden z mężczyzn czknął głośno i bełkotliwie wyrzęził: „Oooo pszszeprraszszammy… Nie pszszeszszkacccamy szszanownemu panu”. Zakapturzony blondyn uśmiechnął się i podniósł do ust puchar udając, że pije zdrowie obu natrętów. Dębowe drzwi rozwarły się i do środka oberży wkroczyła grupa trzech obcych. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że nie pasowali do tego miejsca. Ubrani w zdecydowanie zbyt czyste i schludne jak na standard tego miejsca odzienie. Ich ogolone głowy lśniły natłuszczoną skórą. Cała trójka udała się wprost do szynkwasu, za którym stał karczmarz Kleofas. Czym mogę służyć szanownym gościom? – oberżysta uśmiechnął się od ucha do ucha. Może się panowie czegoś napiją? Posiadam najprzedniejsze wina, znakomite miejscowe piwo, a dla koneserów również i mocna okowita się znajdzie. Widzisz to? – spytał jeden z nich dyskretnie pokazując wystającą zza mankietu płaszcza rękojeść kordu. Kleofas stropił się na niby dając do zrozumienia, że nie bardzo rozumie o co chodzi. Proponujemy interes – dorzucił drugi z gości. Ofiarujemy ci zdrowie i życie w zamian za te nędzne grosze, które tutaj trzymasz. Ale, ale… jak to? – Twarz Kleofasa przybrała wyraz na poły zdziwiony, na poły przerażony? A tak to, grubasie – warknął trzeci, Oddawaj złoto albo skończysz z dziurą w brzuchu. Łotr szybkim ruchem wydostał zza pasa cienki sztylet. Albo zaraz tutaj na blacie znajdzie się złoto, albo twoje flaki – wycedził przez zęby. Kleofas z rozłożonymi szeroko ramionami zbliżył się do szynkwasu. Panowie, ja naprawdę nie chcę kłopotów – złożył ręce jak do modlitwy i nacisnął stopą niewidoczny z zewnątrz pedał pod kontuarem. Drewniany kwadrat z desek, na którym stało dwóch zbirów szybko opadł w dół. Rzekoma piwniczna klapa okazała się zapadnią. Rzeczywiście kiedyś w tym miejscu istniało wejście do lochu, ale oberżysta kazał zrobić drugie na zapleczu. Jego pomysł z pułapką w końcu przyniósł pożytek. Podziemia nie były może głębokie, ale wysokość dwunastu stóp i zaostrzona brona leżąca na dnie zrobiły swoje. Trzeci z rabusiów, ten ze sztyletem, zaskoczony sytuacją zamarł na chwilę. Kleofas szybkim i zwinnym ruchem, tak niepasującym do jego nalanej postury wydostał z rękawa nóż i rzucił nim w kierunku przeciwnika. Klinga wbiła się w środek brzucha. Bandyta wypuścił z dłoni sztylet i złapał się za krwawiącą ranę wokół ostrza. Spomiędzy palców buchała gęsta krew i znaczyła posadzkę karczmy czerwonymi plamami. Zbój opadł na kolana i zaraz potem przewrócił się na plecy. Na jego pobladłej twarzy wykwitło przerażenie. Karczmarz wyszedł zza lady, podniósł upuszczony przez zbira sztylet i przyłożył jego ostrze do gardła leżącego. Kto was nasłał – Kleofas zapytał spokojnym, ale mocnym głosem. Daruj, litości – wyrzęził pokonany bandzior, a z jego ust zaczęła lecieć krwawa piana. Kto was nasłał? – wysyczał Kleofas i powoli zaczął wbijać sztylet. Żelazo przecięło skórę i nieubłaganie zagłębiało się w krtani napastnika. Kan… Kanti… – wyszeptał zbir. Kanti… Rudolf Kanti – Kleofas zaczął smakować usłyszaną informację. Odjął ostrze od krtani leżącego i natychmiast wbił je prosto w serce. Łotr odkaszlną posoką i wyzionął ducha. Oberżysta wytarł zakrwawione, wielkie jak bochny dłonie w brudny fartuch i spojrzał na gości. Wszystkie oczy utkwione były w rozgrywającą się scenę. Panowała zupełna cisza. Kleofas podparł się pod boki i huknął tubalnym głosem: Co się tak patrzycie? Jak trzeba było pomóc to wszyscy siedzieli na dupach, nikt palcem nie kiwnął. Te, Bóbr i Lis, chcecie darmową kolejkę? – karczmarz zwrócił się bezpośrednio do dwóch oberwańców siedzących najbliżej. Ma się rozumieć Kleofasie – Jeden z nich odpowiedział uśmiechając się szczerbatymi ustami i mrużąc oko. No to pozbądźcie się tej padliny i ogarnijcie ten bałagan. Dwóm obwiesiom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ruszyli jak z procy, wzięli leżącego trupa za nogi i ręce i wywlekli na zewnątrz. Wrócili po dłuższej chwili wchodząc do piwnicy od zaplecza. Jakiś czas później trzy trupy niedoszłych rabusiów płynęły sobie beztrosko w dół rzeki Filq,, posoka na podłodze była z grubsza wytarta, a zapadnia na nowo imitowała piwniczny właz. Zamieszanie wywołane niespodziewaną wizytą tamtej trójki odeszło prawie zupełnie w niepamięć. Cień siedział dalej powoli sącząc coś co miało być winem. Tak, Kleofasa zdecydowanie nie warto lekceważyć – myślał analizując niedawne wydarzenia. Nagle spostrzegł siedzącą naprzeciwko niego postać w kapeluszu z szerokim rondem zasłaniającym twarz. Oko mroku – powiedział tajemniczy gość ubiegając widocznie pytanie zabójcy. Ano tak – chrząknął Cień. Postać w kapeluszu wyjęła z kieszeni kartę papieru złożoną na czworo i położyła przed mordercą. Cena nie gra roli – dodał cichym głosem. Cień rozłożył papier i ujrzał kolorowy szkic drobnej, czarnowłosej dziewczyny z włosami sięgającymi do połowy pleców. Zabić? – zapytał cień nie odrywając oczu od rysunku. Zleceniodawca pokręcił głową. Porwać i dostarczyć. Włos z głowy ma jej nie spaść…


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *