Madfred 01: Złodziejski napad udaremniony

Powietrze przeszył pisk gwizdka obozowego. Był świt, zaciężna kompania po nocy miała za zadanie wstać i ruszyć dalej. Był to wędrowny oddział żołnierzy delegowany do różnych zadań. Podstawowo zajmowali się oni utrzymywaniem porządku, ale gdy trzeba było ponaprawiać kluczowe dla obronności drogi albo obiekty, kapitan Madfred wydawał stosowne rozkazy i robota się robiła. Starszy stopniem wojak cieszył się posłuchem i nawet w żartach nie był obiektem drwin czy obelg. Ale działało to jednostronnie, bo złośliwość Madfreda momentami brała górę, czego niejeden żołdak na własnej skórze doświadczył. O odwdzięczaniu się pięknym za nadobne mowy jednak nie było i kompania dobrze to wiedziała.
Poranny hałas stopniowo narastał. Kolejne opuszczane namioty składano i pakowano na wozy. Obóz liczył sześć wehikułów w tym jeden dowódcy, ten bardziej opancerzony. Załadunku osobiście doglądał kwatermistrz, niecierpliwiąc się kiedy wreszcie będzie mógł zjeść posiłek. Obozowy kuchta z wprawą warzył w ogromnym kotle strawę dla sześćdziesiątki mężczyzn.
Czterech żołnierzy nie brało udziału w porannej krzątaninie. Pełnili oni wartę przy jednym z wozów, zachowując powagę i czujność w pełnieniu obowiązków. Zawartości wozu widać nie było, bo skrywała je brezentowa płachta. Łatwo dało się zauważyć, że do tego pojazdu nie zbliżał się nikt, był on stale czymś załadowany i tego nie zmieniano.
Po skończeniu pakowania i porannym apelu cała kompania ustawiła się w taktycznym szyku i wyruszyła w dalszą drogę. Wozy zaprzęgnięte we dwa konie każdy, szły równym tempem poskrzypując drewnianymi kołami. Wędrowali przez płaski teren usiany polami i łąkami. Ciemny las widoczny był w oddali na prawo od nich, po północnej stronie. Kapitan wraz z pozostałymi starszymi stopniem członkami lokalnego zwierzchnictwa podróżowali konno. Od czasu do czasu woleli się spieszyć i iść kawałek na własnych nogach, zwierzęta prowadząc obok siebie. Typowy, równy żołnierski krok słychać było już z daleka. Wojacy maszerowali, mijani mieszkańcy wsi i miast zadowoleni byli z zapewnianego im bezpieczeństwa. Za wojskiem w stosownej odległości nierzadko ciągnęli kupcy, rzemieślnicy albo inni podróżni. Taki przemarsz był ożywczy dla monotonii panującej na ogół po wsiach. Choć to nie cyrk a wojsko, można było oko nacieszyć, o mundurze pomarzyć albo ciekawej historii wysłuchać kiedy wojacy do karczmy wieczorem zaszli. A karczmarze tylko zacierali chciwe łapska na pieniądze, które kompania za sobą zostawiała. Byli sowicie opłacani. W czasie pokoju nie nudzili się, ale byli względnie bezpieczni. Kiedy dochodziło do jakich starć, morale ich dzięki żołdowi było znaczne, przez co ich waleczności niczego nie brakowało. Nie brakowało też na życie wdowom czy matkom ewentualnych poległych. To był zdaniem Madfreda dobry układ. Kapitan mocno obstawał przy zdaniu, że skoro żołnierze dużo pieniędzy dostają, to może od nich tyle samo, a moze nawet troszkę więcej, wymagać na służbie.

W południe zrobili półgodzinny popas. Nie rozpalali ognia, posilili się jedynie przygotowanymi racjami wydobytymi z zapasów. Żywność mogli uzupełniż każdego dnia jeśli zaszłaby taka potrzeba. O niedostatku nie było mowy.

Przez gwar rozmów przebił się nagle czyjś wrzask. Cała kompania zwróciła oczy w stronę, z której dobiegł, ale coś co musiało go z siebie wydać, było niewidoczne zza stojących wozów. Madfred przeczuwając co się mogło sta, natychmiast porzucił jedzenie i z dłonią blisko rękojeści szabli pospieszył sprawdzić. Niby cienie, dwóch przybocznych żołnierzy ubezpieczało jego tyły przeczestując wzrokiem okolicę. Gdy wyminęli wozy ujrzeli całą sytuację jaka się tutaj rozegrała. Najbliżej nich był ów wóz o tajemniczej, ukrytej zawartości. Brezent zdawał się poruszony przez kogoś i w paru miejscach rozcięty. Dwóch z czterech strażników pochylało się nad jakąś miotającą się na ziemi postacią. Pozostałych dwóch nie przerwało swej warty, choć oni też byli wyraźnie podekscytowani całym zdarzeniem.
– Kto to? – głos Madfreda był szorstki i cichy.
– Ten nicpoń – żołnierz prawie się popluł gwałtownie relacjonując – próbował się dostać do wozu. Pojawił się jakby znikąd, aleśmy go capnęli jak przecinał nożem płachtę. Czarownik jakiś hędożony, podszedł nas jakby był niewidzialny. – sprawozdawca splunął na ziemię, blisko pojmanego.
Madfred pokiwał głową ze zrozumieniem. Domniemywał co tak naprawdę mogło się stać. Złodziej wykorzystując coś co magicznie czyniło go niewidzialnym zbliżył się do samego wozu. Tam tajemnicza zawartość zrobiła swoje i niewidka, czym kolwiek była czapką albo innym ustrojstwem, straciła swą moc. Wtedy żołnierze obróceni tyłem, ale zaalarmowani odgłosami cięcia zorientowali się w sytuacji. Udało im się pochwycić złodziejaszka zanim doszło do czegoś poważniejszego.
– Puścić go – kapitan postąpił kilka szybkich kroków ku nieznajomemu. Przyklęknął na jedno kolano, wbijając je w plecy nieznajomego. – Kto. – wycedził, nie dbając by zabrzmiało to jak pytanie.
Złodziej jęknął głucho i próbował się wyrwać, ale bezskutecznie.
– Masz trzy oddechy. Gadaj kto. – madfred sięgnął ręką za siebie i chwycił podsunięty mu szpikulec. Praktykowali to z przybocznymi już kilka razy, wszystko mieli więc przećwiczone. Mężczyzna ostrym końcem narzędzia dotknął pleców uwięzionego.
– Nie… nie wiem! – wysapał. Po czym wrzasnął, kiedy dwudziestocalowy przedmiot zagłębił się nieco w jego grzbiecie. – Naprawdę nie wiem, zmusili mnie! Grozili!
– Kto! – Madfred podniósł głos. – Kto groził?
– Ci… cie… cień. Wy-wy-wy-wyglądał jak cień. Aaa! – ponownie wrzask, jeszcze głośniejszy, przeszył powietrze. – mówię prawdę! To był jakiś pieprzony cień!
– Weźmiecie go na konia. Dwóch żołnierzy ma go pilnować. Nie karmić, nie reagować, niech szcza i sra w gacie. – te krótkie rozkazy rzucone zostały w s tronę przybocznych, któzy zasalutowali tylko.
Złodziej leżący na ziemi i dygoczący z przerażenia nie krzyczał już. Trząsł się tylko niby osika. Madfred odstąpił od niego i oceniając wzrokiem skalę poniesionych strat, oddalił się szybkim krokiem w stronę reszty kompanii. Pozostali przy wozie żołnierze skrępowali jęczącego coś niewyraźnie łotrzyka i ruszyli spełniać rozkazy.

Przerwany tym zdarzeniem posiłek w wielu przypadkach nie został dokończony. Kompania ruszyła dalej, mijając na rozwidleniu drogowskaz. Wybrali trakt oznaczony wskazówką Ekelect, 12mil.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *