Rudolf Kanti 01 – Nieporozumienie takie…

Rudolf Kanti leżał prawie bez sił w brudnym barłogu jednego z podmiejskich zajazdów. Z jego dumnej niegdysiejszej postawy i szlachetnego wyglądu niewiele zostało. Cały w bandażach i drewnianych łupkach okrywających złamania wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Pokój, który zajmował nie był duży. Ot tyle miejsca by zmieściło się pojedyncze łoże, mały zydel i krzywy, poobdzierany stół. Dokuczał mu ból pogruchotanych kości, rany i wszechobecne, kąsające pluskwy. Z nostalgią przypomniał sobie luksusy swojego niedawnego domostwa w centrum Ekelect. Wygodne łoże z baldachimem, dywany, czyste wnętrza. Z dawnego majątku pozostały jedynie zgliszcza… Mimo ponurych myśli doszedł do wniosku, że i tak miał szczęście… Cholerne szczęście… Przecież nadal żył. Złamania i rany w końcu się wygoją, majątku jakiegoś prędzej czy później dorobi się w innym mieście, jest w końcu jeszcze dość młody – co to jest 36 lat. Jednak życia nikt mu by nie mógł zwrócić. Mimo, że na pierwszy rzut oka wszystko poszło bardzo źle to jednak nie wszystko było stracone. Problemy Rudolfa Kantiego zaczęły się niepozornie. Cała ta awantura wyglądała na jedną wielką komedię, a raczej tragedię pomyłek. Jako paser i pokątny handlarz tym i owym dobierał sobie do współpracy różnych ludzi. Pech chciał, że zaufał tamtym trzem zabijakom,, których jakiś znajomy znajomego mu polecił. Na początku nie miał prawa do niczego się przyczepić. Wykonywali swoją robotę zgodnie z jego życzeniem. Odzyskiwali dla niego różne sumy od dłużników, przemycali do miasta i poza jego mury najróżniejsze przedmioty, o których władza i urzędnicy skarbowi nie powinni wiedzieć. Problem w tym, że poczuli się zbyt mocni i postanowili trochę podziałać na własny rachunek. I w końcu zaostrzona kosa trafiła na twardy kamień w postaci niepozornego, grubego karczmarza. Cała trójka Rudolfowych zbirów urodziła się poza Ekelect. W tym ich, a także Rudolfa pech, że gdyby łysi panowie wiedzieli co nieco o oberżyście z karczmy „Pod kurwą i złodziejem” to sto razy zastanowiliby się czy akurat takiego człowieka warto napadać. Całej awantury by nie było, Kanti zamiast w brudnym wyrze leżałby teraz cały i zdrów w swoim czystym i wygodnym łóżku popijając wino z kryształowego pucharu i podmacywał jakąś młodą dziewkę. Doniesiono mu wieści o wyrzuceniu przez nurt rzeki trzech trupów łudząco podobnych do jego współpracowników. Z początku Kanti pomyślał, że to jakiś zdesperowany dłużnik lub chciwy kontrahent porwał się na tak niemądry czyn. Rozpuścił więc wici, a kiedy dowiedział się w jakich okolicznościach jego ludzie postradali życie, oblał go blady strach. Ci głupcy nie wiedzieli z kim zadarli, a w dodatku jeden z nich wyraźnie wymówił jego nazwisko dając tym do zrozumienia, że jest zleceniodawcą całego napadu. Czyżby to była jakaś forma przedśmiertnej zemsty na nim samym? Przecież zawsze uczciwie odpalał im zasłużoną dolę… Postanowił więc działać, ale było już za późno… Mimo wszystko musiał przyznać z niechcianym uznaniem, że Kleofas wynajął prawdziwych fachowców. Bili tak by połamać, a nie zabić. Złamane lewe przedramię i piszczel prawej nogi, wybite trzy przednie zęby, obcięte ucho, poparzony bok i wszędobylskie sińce to naprawdę głupstwa w porównaniu do tego jak sprawy mogłyby się potoczyć gdyby za przesłuchanie wzięli się tępi siłacze. Od słowa do słowa, od ciosu do ciosu w końcu wyjaśniono sobie całe to tragiczne nieporozumienie. Kanti wypłacił szczodre odszkodowanie za straty moralne, niezbędny w cudzysłowie „remont karczmy” i konieczność wynajęcia fachowej siły. Na końcu kazano mu się wynosić z miasta i podpalono jego dom. Dobrze, że chociaż pozwolono zabrać niektóre rzeczy i pozostałą resztę jego pieniędzy. Przyjdzie taki czas – pomyślał z satysfakcją, że zemszczę się na tym grubym niechluju… Sam w jego sytuacji pewnie postąpił bym tak samo, ale jednak zemsta jest zemstą. Rozległo się pukanie do drzwi. Wejść – zakomenderował. Drzwi otwarły się i w progu stanęła drobna, czarnowłosa dziewczyna zamówiona wcześniej przez Kantiego za pośrednictwem posłańca. Ahena miała ze sobą kilka ziołowych medykamentów sporządzonych przez babkę zielarkę. Na jej twarzy gościł jednak wyraz strachu. Dziecko, co ci się stało – Rudolf Kanti zapytał z troską. Wydaje mi się, że ktoś mnie śledził – odrzekła Ahena. Usłyszałam za sobą wyraźny świst strzały i krzyk, ale kiedy się odwróciłam, nikogo nie było. Na bruku tylko znalazłam ślady świeżej krwi. Może ci się tylko wydawało? – Kanti zbagatelizował całą sprawę. Masz coś dla mnie? Dziewczyna zaczęła wykładać na stolik przyniesione ze sobą preparaty. „Maść żywokostowa na stłuczenia i złamania, nalewka laudanum na uśmierzenie bólu, syrop z krzewu ognistego na oparzenia i ziołowy miód na ogólne wzmocnienie – wymieniła. Maść używać trzy razy w ciągu dnia. Tak samo miód i syrop. Laudanum stosować doraźnie i ostrożnie. Dziękuję ci dziecko – uśmiechnął się Kanti. Zdrową ręką wydobył spod poduszki mały mieszek, z trudem rozsupłał rzemyk i wydobył na wierzch kilka złotych Fantezów. To dla ciebie, reszty nie trzeba – podał monety dziewczynie na wyciągniętej dłoni. Młoda zielarka przyjęła zapłatę, dygnęła i już miała wyjść, ale odwróciła się w progu. A będzie miał kto panu podać lekarstwa – zapytała z troską. Nic się nie martw – odpowiedział z czułością w głosie. Dziewka służebna ma tutaj zajść za jakiś czas. Stara Berta zapewnia mi doskonałą opiekę. No idź już i uważaj na siebie. Ahena zamknęła za sobą drzwi. Mądre dziecko – pomyślał Kanti z rozmarzeniem. Oby się jej tylko w życiu udało… Ziewnął przeciągle, przymknął oczy i zatopił się w myślach…
Rudolf Kanti ocknął się nagle. Jego słuch odebrał ciche stukanie. . Rozejrzał się. Sądząc po panującym półmroku i świetle księżyca wpadającym przez okno musiał się zdrzemnąć. Ciche pukanie do drzwi powtórzyło się. Proszę – odpowiedział Kanti myśląc, że to najpewniej stara Berta. Drzwi uchyliły się trochę, jednak leżący przestępca nie mógł dojrzeć kto stoi w progu. Berta? – zapytał cicho. Nie usłyszał odpowiedzi. Do pokoju wszedł nieznajomy mężczyzna. Kanti nie mógł w panującej ciemności rozpoznać jego twarzy. Kim jesteś – wrzasnął. Nieznajomy podniósł ku niego prawą rękę, w której dzierżył duży, charakterystyczny przedmiot. Serce Kantiego nagle przyśpieszyło. Oczy nieomal wyszły mu z orbit. Rozszerzone z przerażenia źrenice mimo ciemności rozpoznały napiętą kuszę. Tajemniczy morderca wycelował w pierś Rudolfa Kantiego i zwolnił cięciwę. Bełt zatopił się w sercu leżącego bandyty aż po pierzysko. . Kanti nawet nie zdążył jęknąć. Ciało drgnęło kilka razy w agonii i znieruchomiało. Przybysz schował kuszę pod poły płaszcza. Pozdrowienia od Baldura Lemke – wycedził z uśmiechem. Rozejrzał się po pokoju, zajrzał pod łóżko i wyciągnął spod niego skórzaną torbę. Zerknął do środka i wydobył na wierzch niewielki, kamienny puchar z błyszczącej czarnej skały. Jego Nóżka przypominała nogę orła z rubinowymi szponami. No i mamy to co chcieliśmy – pomyślał z radością. Schował zdobycz z powrotem do torby, założył całość na ramię i wyszedł na zewnątrz znikając po chwili w nocnym, rześkim powietrzu.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Jedna odpowiedź do „Rudolf Kanti 01 – Nieporozumienie takie…”

  1. Awatar camila
    camila

    Laudanum <3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *