Ridimont 01, przygotowanie.

Bum, bum. Stuk, bah, bum, stuk! Odgłosy walenia młotem o kowadło było słychać już z oddali. Właściwie, to z ulokowanej na skraju miasta kuźni dźwięk rozchodził się tak, że w ciche noce, jeśli ktoś wytężył słuch, słyszał je z drugiego końca. Tak, nawet w nocy. Bywalec owego miejsca bowiem, kowal Zeiger słynął z tego, że nie grała dla niego roli pora ani czas. Gdy tylko mógł, oddawał się swemu fachowi, wlewając weń całe serce.
Ten imponujący, łysawy już mężczyzna, umięśniony jak sportowiec, budził szacunek u chyba wszystkich mieszkańców Ekelect. Nikt nie wiedział do końca czy to dla tego, że był tak oddany swej robocie? Może jednak dla tego, że jego staranność sprawiała, że kupowane od niego narzędzia bardzo żatko się niszczyły?, Czy może dla tego, że potrafił znaleść czas dla każdego, kto odwiedził go w jego królestwie, i to o każdej porze? Może w reszcie dla tego, że potrzebującemu, to i broń czy zbroję naprawił za darmo i jeszcze groszem sypnął? Tak do końca, to nikt nie wiedział, ale wiadomym było, że ilekroć ktoś wejdzie do kuźni, to Zeiger był dla swego interesanta uprzejmy i życzliwy. Jedyne, czego wszak nie robił, to nie zdradzał, jak wykonuje swe towary, ani skąt zdobywa rudę na nie. Ale, czy to jest czymś dziwnym?
Przechodzący obok kuźni, młody mężczyzna przystanął, wpatrując się uważnie w wiecznie otwartą bramę, z której na światło dnia wylewała się czerwonawa łuna bijąca od pieca kowalskiego, stojącego w samym środku. Przybysz zmrużył oczy, patrząc prosto w piec, gdzie właśnie mężczyzna tworzył nowe dzieło.
Po chwili takiego stania jednak, nieznajomy zdecydował się jednak wejść do środka. Pierwsze, co poczół, to straszliwy skwar bijący ze środka. Nie było się czemu dziwić. Wiecznie rozpalony piec, stojące po bokach koksowniki, oraz samo połódnie robiły swoje.
Ledwo podróżnik znalazł się w środku, a już Zeiger odłożył szczypce na bok i odwrócił się w stronę interesanta z szerokim uśmiechem na pokrytej potem i pyłem twarzy.
– Witaj synku, może mogę ci jakoś pomóc? Szukasz czegoś specjalnego? Pewnie coś znajdziemy! Pytaj śmiało! – Powiedział swoim zachrypniętym, acz przyjaznym głosem.
Nieznajomy nie odpowiedział. Skierował się za to w stronę znajdującego się w lewym rogu pomieszczenia żelaznego regału, na którym to kowal wystawiał swe towary. Było tam do słownie wszystko, o czym mógł zapragnąć człowiek walczący, rolnik, czy zwyczajny obywatel. Miecze, tarcze, kaftany, naramienniki, opcęgi, młoty, o czym by nie pomyśleć, to w zasadzie tutaj było.
– Widzę, że podziwiasz dzieła mych rąk! – Zaśmiał się rubasznie kowal. Zatem popatrz, jeśli potrzebujesz weź do ręki, sprawdź czy dobre dla ciebie, a jak coś ciebie zainteresuje, to pytaj! –
Nieznajomy ponownie nie odpowiedział. Jego oczy jednak skakały od jednego produktu do drugiego. Jednak cała jego postawa zdradzała, że czegoś szuka.
Krążył tak po kuźni, podczas gdy Zeiger powrócił do swojej pracy, kując rozgżane żelazo z taką energią, że aż kowadło śpiewało.
W końcu, po kilku minutach, przybysz zatrzymał się przed stojakiem, całym niemal obwieszonym kolczugami. Było tu ich wiele rodzajów. Metalowe, siatkowe, skórzane, uwagę przybysza jednak przyciągnęła jedna, znajdująca się nieco dalej od reszty.
Widać było, że wykonaniem tej koszulki kowal zajmował się ze szczególnym poświęceniem. Zrobiona była z kilku warstw bardzo grubej, zielonej skóry pokrytej śliską łuską. Na rękawach, mężczyzna wytrawił różne znaki runiczne oraz zaklęcia, mające chronić noszącego ową kolczugę przed obrażeniami. Mogło to wzbudzić zdumienie podróżnika. Zeiger bowiem wolał nie stosować magii uważając, że jego oddanie jest sto razy lepsze, od najlepszych zaklęć. Stosował ją tylko dla najżatszych przedmiotów.
– Co to jest, kowalu? – Zapytał przybysz cichym głosem, w którym pobrzmiewała niczym nieskrywana ciekawość oraz czyste zainteresowanie.
Kowal odłożył narzędzia, obracając się w stronę interesanta z promiennym uśmiechem.
– Ha. Od razu jak tutaj wszedłeś to coś mi się widziało, że szukasz czegoś specjalnego. No i ci synku powiem, że wyniuchałeś najlepsze, co mam! – Oznajmił.
– Przyznaję, nigdy nie spotkałem się z podobną zbroją. Ale czym wyróżnia się ona na tle podobnych? – Odparł pytaniem na pytanie klient.
– Widzisz synku. Właśnie to, z czego jest wykonana czyni ją wyjątkową. Jest ona zrobiona ze smoczej skóry! –
Zapadła cisza, podczas której nieznajomy uważnie przyglądał się skórze, z jakiej wykonana była kolczuga.
– Nie wierzę w to. Wiem, jak ciężko jest znaleść, a co do piero zabić smoka. Nie mówię już o jego oprawieniu, czy zahartowaniu skóry! – Odparł w końcu.
– Widzę, że znasz się na fachu. Pozwól mi zgadnąć, jesteś, albo może byłeś łowcą? – Zapytał zaciekawiony żemieślnik.
– Ano kowalu, zgadłeś. Nazywam się Ridimont i faktycznie, jestem łowcą. Przyznam, że szukam właśnie dobrej zbroi. Za pewnę wiesz, jakie ostre szpony mają czasem holerstwa, z którymi się mierzę.
– Że tak pozwolę sobie zapytać, zawodowy czy amator? – Zapytał Zeiger, w głębi ducha rozmyślając o bestiach, które widział w swoim, bądź co bądź długim życiu. Jadowitych i szypkich kunorach, zwinnych cienioperzach, czy pancerzytach, z których, swoją drogą, lubił wytwarzać rękojeści. Ich skorupy były tak mocne i lekkie, że nadawały się do tego celu idealnie.
Mianem łowców zawodowych określano ludzi, którzy nie jednego zwierza już upolowali, nie jedną bliznę mieli. Słowem, tacy, co nie bali się niczego. Amatorzy zaś, no cuż. Coś potrafili, coś ustrzelili, ale czasem to drogo przypłacili.
– Jeszcze lepiej. Królewski! – Odparł Ridimont.
Żemieślnik otarł oczy, patrząc na przybysza uważniej, niż wcześniej. Niby nie wyróżniał się on niczym specjalnym. Ot, wzrost średni, budowa biegacza. Włosy obcięte prawie do zera, bystre, zielone oczy. Pod lewym paskudna blizna w kształcie pazura. Podobna znajdowała się na czole mężczyzny, nadając mu wygląd myśliciela.
– Ano właśnie, muj dobry kowalu. Widzisz, król, tak jak i z resztą duża liczba mieszkańców miasta ma do ciebie duże zaufanie. Prawdę mówiąc, to monarcha wysłał mnie tu twierdząc, że możesz mieć pancerz godny wysoko postawionego łowcy. No i jak widać, to miał chyba rację. – Dodał zielonooki z nutką zadowolenia w głosie.
Zeiger przetarł oczy rąbkiem skórzanego fartucha, który miał na sobie, patrząc na nowo poznanego inaczej, niż wcześniej.
– No no no. Kto by pomyślał, że sam król zainteresuje się moim skromnym kramem! – Powiedział w końcu ochryple. Widzisz, cena za smoczą skórę normalnie miała być wysoka. Ale jak dla królewskiego łowcy, no nie mogę zaproponować takiej sumy! –
– Cena nie gra roli. Albo zapłacę tyle, ile ten pancerz jest wart, albo idę dalej. – Powiedział Ridimont ostro, patrząc prosto w oczy kowala.
Zeiger zaczął się poważnie zastanawiać. Musiał przyznać sam sobie, że takiego człowieka od dawna nie miał okazji gościć w swych skromnych progach. Mało tego, że wysoko postawiony, to jeszcze jaki uczciwy! Ale jak sam chce, no dobrze więc.
– Skoro sam chcesz, to będzie pięć tysięcy Fantezów. – Powiedział po chwili zastanowienia.
Bliznowaty bez chwili zastanowienia wyciągnął z kieszeni sakiewkę i wysypał na wyciągniętą dłoń kowala stos złotych monet.
– Proszę bardzo. – Dodał.
Zeiger jeszcze raz spojżał z szacunkiem na klienta, chowając pieniądze. – Zbroja jest twoja. Może przymierzysz? Ale powinna pasować. – Dodał po chwili.
– O to się nie martwię, ale za chwilę sprawdzimy! – Powiedział Ridimont, wdziewając kolczugę, która faktycznie, leżała na nim jak druga skóra, upodabniając go nieco do dziwnej hybrydy smoka i człowieka.
– Jeszcze tak zapytam, co to za symbole? – Zapytał, pokazując na wypalone na rękawach zawiłe ornamenty.
– To. Na co idziesz polować? – Zapytał kowal nagle, dziwiąc się samemu sobie. Nigdy nie dopytywał, po co komu było coś, co sprzedawał. Ale ten człowiek budził w nim dziwną, ciekawość. Nie umiał tego nawet nazwać.
– Podobno w lasach północy pojawił się jakiś potwór. Zabija wszystkich podróżnych, niszcząc przy okazji populację zwierząt. Z opisu mieszkańców wnioskuję, że to amański niedźwiedź. Dawno nie widziano podobnego w naszych okolicach. Nic o tym nie słyszałeś, dobry kowalu? –
– Szczerze mówiąc, dnie i noce spędzam raczej tutaj. Nie jestem najlepiej poinformowanym człowiekiem w mieście. – Wyznał stropiony Zeiger. – Odpowiadając zaś na twoje poprzednie pytanie, normalnie, jak pewnie wiesz, nie przepadam za magią. Lecz smocza skóra ma pewne, właściwości. Chłonie magię jak gąpka, zwielokrotniając jej działanie. Postanowiłem więc udać się do głównego maga, gdzie wypalił na tej o to zbroi znaki ochrony przed jadami i mocą żywiołów. Powinna ci dobrze służyć przez lata. –
– Rozumiem. – Odparł Ridimont, kierując się ku wyjściu.
– Powodzenia! – Rzucił za nim kowal, lecz łowca już tego nie usłyszał. Prawdę mówiąc, kierował się właśnie w kierunku karczmy, rozmyślając o misji, jakiej ów śmiałek się podjął.
– Niech bogowie nad nim czówają. – Wyszeptał Zeiger, przed oczami wyobraźni widząc amańskiego niedźwiedzia. Ogromne, porośnięte gęstym włosem monstrum, spokojnie dorastające do czterech metrów wysokości. Cios jego pazurzastej łapy zaś wystarczał, by pokruszyć kości śmiałka, który chciał wkroczyć na jego terytorium.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *