Żołnierze rozłożyli się obozem na skraju miasta, było ich bowiem zbyt wielu jak na tą niewielką miejscowość. Choć był tu ratusz i ze dwie karczmy, to nie starczyłoby wolnych kwater albo miejsca na rozbicie namiotów gdzieś pomiędzy ulicami. Kapitanowi Madfredowi nawet bardziej odpowiadał taki stan rzeczy. Ustalił tylko jedną podstawową zasadę: połowa kompanii pilnuje obozowiska i pełni czynną służbę, druga połowa może w tym czasie balować, co dwa dni zamiana. Mieli tutaj obozować jakieś dziesięć dni zanim ruszą w dalszą drogę. On sam natomiast, Madfred, żył jak chciał. Spełniał obowiązki wynikające z wojskowej funkcji i to, jak chodzi o oficjalną część jego zajęć, głównie tyle. Jednak ze względu na znikomą aktywność i brak zagrożeń w okolicy, chodził większość czasu swoimi ścieżkami, a za nim dwóch zaufanych przybocznych sierżantów.
Tego dnia gdy schwytano szpiega, który próbował zbadać tajemnice strzeżonego wozu, kapitan był mocno wyprowadzony ze swej żelaznej równowagi. Po dotarciu na skraj Ekelect lakonicznie polecił rozkładać trwalszy obóz wedle znanego schematu. On sam zaś, zabrawszy jeńca i swoich przybocznych strażników, udał się w stronę widocznego opodal wzgórza szubienicy. Zakneblowany i solidnie skrępowany szpicel wrzeszczał coś i wił się, a kiedy ujrzał znajomą konstrukcję na pagórku, śmiertelny przestrach odmalował się na jego twarzy. Mężczyźni po dotarciu na miejsce rzucili go na ziemię u stóp szubienicy. Gwardziści zajęli stanowiska nieco zdala, na uboczu, pozornie nie okazując zainteresowania rozgrywającą się sceną. Madfred zrzuciwszy z pleców niewielki płócienny worek raźno przystąpił do pojmanego. Z przyniesionych na miejsce rzeczy wydobył kilka narzędzi, które już z samego wyglądu obiecywały profesjonalizm tortur. Kapitan osobiście poświęcił nieszczęśnikowi nieco uwagi, kreatywnie wykorzystując kolekcję batów, pałek i szpikulców. Zadawał torturowanemu nie tylko cierpienie, ale też i pytania: dla kogo szpieguje, kto go nasłał, czy i ile zapłacił i kim był. Z rozmysłem opóźnił moment na orientację, że więzień nie da rady udzielić odpowiedzi będąc zakneblowanym. Madfred zmienił ten stan i przez chwilę zdawał się nawet dawać nadzieję na pełne uwolnienie, jeśli jeniec będzie współpracował. Ten faktycznie starał się jak mógł, ale mógł niewiele. Madfred wreszcie odpuścił. Ponownie zakneblował Sephera i przywołał strażników. W milczeniu, gestem ręki wskazał na szubienicę. Więzień go nie widział odwrócony tyłem, ale kiedy szarpnięciem postawiono go na nogi i podprowadzono by wykonać egzekucję, pobladł. Jeden z sierżantów założył mu na szyję pętlę, drugi ustawił się w gotowości by dokończyć dzieła powieszenia. Wtedy Madfred podszedł i przystawił do skazańca wyjęty chwilę wcześniej z worka ostry szpikulec. Był to starannie ociosany kawałek drętwej skały. Kapitan znał kilka z jej tajemniczych zastosowań, a wiedza ta była bardzo mroczna i zrozumiała nielicznym osobom. Ruchem głowy dał podwładnemu przyzwolenie. Strażnik wypchnął podnóżek spod więźnia, który nie mając oparcia dla stóp, zawisł na pętli, rozpaczliwie rzucając się w agoni. Przez cały ten czas Madfred utrzymywał fizyczny kontakt z wisielcem, dotykając go kamiennym szpikulcem. Strażnikom dość obojętnie biorącym udział w egzekucji zachowanie ich zwierzchnika wydawało się dziwne, ale nie kwestionowali go. Kapitan miał zamknięte oczy, a w pewnym momencie, który zbiegł się z ostatnimi drgawkami powieszonego, wojak wydał im się jakby większy, potężniejszy, nieco młodszy i… bardziej ponury, a może raczej mroczny…
Madfred 02: Egzekucja
przez
Tagi:
Komentarze
2 odpowiedzi do „Madfred 02: Egzekucja”
-
Nekromancja?
-
Panie kapitanie, co pan kąbinuje?
Dodaj komentarz