Lirael 01. Wspomnienia.

Stała na niewysokim wzgórzu, wiatr poruszał delikatnie jej rdzawymi włosami. W końcu go odnalazła. Po latach poszukiwań, o ironio go odnalazła.
Prawdę mówiąc nie wiedziała dokładnie, czemu wcześniej nie potrafiła go znaleść. To prawda, był dość nieuchwytny, ścigając człowieka, który z resztą i ją doprowadził do zguby. Czy to los postanowił sobie z niej zadrwić, dając jej drugą szansę, lecz potym kolejne cierpienie? Nie wiedziała tego, lecz wiedziała, że nie dowie się tego najpewniej nigdy. Wszak kto wie czym jest i jak działa los, czy przeznaczenie?
Lirael w przeznaczenie wierzyła, a jakże. Przecież gdyby nie ono, nie stała by tutaj, lecz dawno buszowała by po krainie, do której trafiali zmarli. Nie mogła by poszukiwać ukochanego chyba, że jako mieszkanka niedostępnego dla niej świata opserwować to, co się dzieje na ziemi.
Podobne myśli często ją nawiedzały. Często od momentu śmierci, który doskonale pamiętała. Ilekroć zamykała oczy mogła bezproblemowo przywoływać tamte obrazy.
Przed swą zgubą, gdy jeszcze mieszkała w górskiej enklawie z resztą elfickiego plemienia, nawet nie przeczuwała tego, co ją spotka. Ba, co spotka elfy, co spotka ten świat. Od zawsze była bardzo empatyczna i pomocna, dla tego też kształciła się w sztuce uzdrawiania. Swe naturalne predyspozycje do magii możnaby rzec kierowała w stronę magii wody oraz światła, które z tą sztuką miały najwięcej wspólnego.
Powiedzieć, że była dobra w tym, co robiła, to jakby nic nie powiedzieć. Gdy każda metoda zawodziła mieszkańcy wioski często kierowali się do Lirael o pomoc, a ona, w większości przypadków potrafiła zaradzić problemom. Zawsze cieszyła się, gdy uratowała kolejnego elfa, kolejne zwierzę, człowieka nawet, jeśli akurat wędrował przez okolicę.
Nie odczówała uprzedzenia do ludzi, jak część elfów. Według niej różnice między obiema grupami były tak niewielkie, że aż nieistotne, dlatego też zdażało się jej czasem stanąć w obronie biedaka, którego jacyś antyludzcy chcieli by ukatrupić.
Doskonale pamiętała, jak w przeddzień wyruszenia do Ekelect stanęła razem z Archilem na najwyższym szczycie, podziwiając nietknięty ludzką ręką krajobraz pożłobionych jaskiniami zboczy.
Pamiętała, jak tamtego wieczoru Archil wyczarował na jej czole sigil ochronny, wlewając w niego tyle magii, że aż stracił przytomność. Nie mogła tego zapomnieć.
W reszcie pamiętała, jak cała kawalkada elfów opuszczała góry w stronę, z której oczekiwali ratunku, a otrzymali tylko śmierć.
No i najgorsze. Pamiętała ostrze szabli Madfreda, zbliżające się w kierunku jej serca. Chciała się osłonić jakkolwiek, lecz była już zbyt osłabiona ucieczką od zagrożeń i wyczerpana przez magię, której tamtego dnia używała. Ostatnie, co zdążyła zrobić, to wypowiedzieć imię ukochanego, nim morderczy metal zagłębił się w jej ciele.
Wtedy, w przedśmiertnym odrętwieniu spostrzegła kapitana, wyciągającego dziwny szpikulec, który aż emanował mroczną magią. Zdawała sobie mniej więcej sprawę z tego, czym to jest. Wtedy jednak to wojskowy zapłacił za swą niewiedzę o symbolach ochronnych, mało tego symbolach, które rzucane były z pełną mocą osoby, która wiedziała, co i jak robi.
Aura sigila nie dopuściła Madfreda do jej duszy, by pobrał z niej energię. Zamiast tego, z symbolu na jej czole wystrzeliła wiązka złotego światła, która udeżyła kapitana w pierś, odrzucając go na dobre 3 albo i 4 metry w tył. Zdążyła też zobaczyć szpikulec, który po mimo tego, że był wykonany z kamienia rozgżał się i pękł w jego ręku. Nie wiedziała, czy miał inne, albo czy udało mu się pozyskać nowy, gdysz wtedy nadeszła gęsta, niemalże namacalna ciemność, która całkiem ją spowiła, niczym pogrzebowy całun.
Następną rzeczą, którą zapamiętała była pustka, w której tkwiła. Lecz była to dziwna pustka. Z tyłu, kątem oka widziała miejsce, w którym dokonała żywota. Widziała swoje leżące ciało z szablą, nadal znajdującą się w jej sercu. Symbol na jej czole świecił tempym, złotawym blaskiem, którego najprawdopodobniej nikt nie widział przez panujący zgiełk. Z przodu zaświdziała krainę skąpaną w świetle, która pełna była radości i energii, w której to przebywały inne elfy, gdy umarły bohaterską śmiercią, lub po prostu były dobre za życia.
Wtedy to Lirael postanowiła, że nie może ustąpić. Gdzieś w środku czuła, że Archil przeżył tą masakrę, a to było dla niej najważniejsze. Dla tego, przyciągana przez sigil, odwruciła się i ruszyła tam, skąt przybyła.
Gdy przekroczyła granicę, złote światło trysnęło z tatuażu niczym gejzer. Pochłonęło ją całą, zarówną ciało jak i ducha. Nagle rozległ się głośny huk, a cała zgromadzona energia implodowała, wysysając cały tlen z tego miejsca.
Gdy się ocknęła zauważyła, że leży w kilkumetrowym kręgu wypalonej trawy. Leżała sama, w otoczeniu trupów oraz części ciał czy elementów zbroi. Madfred, jego wojsko, w szczególności jego szabla znikneli. Lecz to, co widziała w zupełności jej wystarczało. Tylu niewinnych leżało wszędzie do okoła. Nikt nie troszczył się o to, by ich pochować, czy chociaż spalić ciała. Po prostu pozostawiono ich tak w nędzy, jakby byli nic warci.
Lirael opuściła pole bitwy, cały czas mieląc w pamięci ostatnie zdażenia. Po jej policzkach płynęły strumienie łez, a w środku wrzeszczała zastanawiając się, do czego zmierza ten świat, który pozwala na tak brutalny akt.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *