Lirael 02. Powrót.

Odeszła. Spoglądając na pobojowisko, na leżące ciała, krew wsiąkającą leniwie w ziemię, na leżące fragmenty pancerza, po prostu odeszła. Co miała tutaj począć. W miejscu, w którym wszystko już i tak było martwe? Po za nią. No właśnie. Choć też należała do nich, to teraz, już nie.
Odnalazła w miarę nadającą się jeszcze do użytku tarczę, uszczerbioną jedynie na krawędzi, z plamą krwi zdobiącą skórzany żemień, za którą wieszano ją na ramieniu, lecz to nie było ważne. Chciała po prostu spojżeć na siebie. Zobaczyć, kim czy też czym się stała. Czy jest może chodzącym trupem, szkieletem, ghulem?
Zacisnęła powieki, przybliżyła metalowy krąg do twarzy, po czym oczy otworzyła. Widok, który się przed nią ukazał nie był aż tak straszny, jak przewidywała. Może i była bledsza, może i jej włosy zmieniły kolor, może i symbol na czole był teraz jakiś, nasycony? Największy wstręt wzbudziły w niej oczy. Przypominały teraz oczy smoka, albo innego demona. Podobno niektórzy magowie parający się ciemnymi mocami takie mieli. Wydłóżone, z dwiema źrenicami, jedną zaraz pod drugą. Widok ten wywołał na jej twarzy wyraz pogardy do samej siebie, który jednak po chwili zniknął. Przecież dalej żyła, istniała. Czy takie poświęcenie nie było tego warte?
Odrzuciła tarczę, która z cichym brzękiem upadła na ziemię. Pospiesznie zaczęła badać swoje ciało w poszukiwaniu ran albo dodatkowych zmian. O dziwo, nic takiego nie znalazła. Nawet jej pierś. Miejsce, w które wcześniej wbita była szabla Madfreda wyglądała tak, jakby nic się nie stało. Jedynym śladem, który jakkolwiek mógł przywodzić na myśl tamto zdażenie była maluteńka, cieniuteńka jak włos blizna, prawie blada z resztą. Pewnie nawet by jej nie zauważyła, lecz już wcześniej spostrzegła, że dzięki tym nowym oczom widzi nawet lepiej, niż wcześniej, choć wzrok elfa nie może sięrównać z powiedzmy ludzkim czy gnomim nawet.
– Kim ja teraz jestem? – Wyszeptała cicho. Nie pytała nawet nikogo, było to pytanie skierowane raczej do niej samej. Wiedziała tylko jedno. Nie była już elfką, taką jak wcześniej. Była jednocześnie czymś niezwykle bliskim temu, czym być powinna, a jednocześnie jej obecna egzystencja wykraczała daleko po nad to, czym być powinna.
Nie wiedząc, co ma ze sobą począć, Lirael wyruszyła na przód, w żadnym konkretnym kierunku. Oczywiście pierwsze, co jej przyszło do głowy było poszukiwanie ocalałych, a zwłaszcza Archila, lecz doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że najpierw powinna poznać dokładnie, co potrafi, by przykładowo nie wywołać przypadkowo wojny albo zdażenia, którego by goszko żałowała. Z drugiej strony nie miała pewności, czy ktokolwiek przeżył. A jeśli nie? Wolała się o tym teraz nie przekonywać. Lepiej było, przynajmniej w tym momencie żyć w niewiedzy.
Lirael wyruszyła zatem w nieznanym kierunku, szukając nieznanego. Przebyła płonącą górę, wschodni wulkan, dostając się na czarne rubieże. Miejsce, które jednocześnie było chyba najbardziej wyjałowioną częścią Fantezji, ale, na ironię, jednocześnie pulsowało wręcz czystą magią ziemi oraz ognia z pobliskiego wulkanu. To właśnie tam wznosiła się największa biblioteka Fantezjany, Domus Libraea.
Wybudowana wieleset lat temu przez pewnego elfa, Kurgulusa, który zbierał wiedzę po całej krainie. Samo Domus libraea w pradawnej mowie elfów oznaczało po prostu wielka biblioteka. Można było tam znaleść chyba wszystko, czego dusza zapragnęła. Księgi historyczne, geograficzne, przyrodnicze, żemieślnicze, a także to, czego Lirael szukała najbardziej. Leksykon istot rozumnych autorstwa Hanuweta Kolanga. Krasnolóda, który postanowił w tej o to księdze spisać wszystkie rasy i rodzaje istot, które były jakkolwiek rozumne, choćby i na ludzkim poziomie.
W tym oto woluminie Lirael odkryła, czym właściwie się stała. Servaetore,, Serwitor, Hurogorn, zwał, jak zwał. Czy to w mowie elfów, ludzi czy krasnoludów.
Wedłóg podręcznika, serwitorzy byli potężnymi istotami, które powstawały w wyniku czyjejś śmierci. W sytuacji, w której ktoś został zabity, lecz jego żywot nie został dokonany. Czy to przez jakieś zadanie, czy przez chęć zemsty, czyste zło czy cokolwiek innego, niektóre z tak zabitych istot rozumnych mogły powrócić, spełniając jednocześnie kilka wymogów.
Po pierwsze, zabity musiał mieć silny potencjał magiczny, lub też posiadać umiejętności do władania magią. Po drugie, śmierć nie mogła zostać zadana przez broń, która rozrywa ciało na fragmenty, gdysz magia stworzenia, magia życia, Lihaena Onearoa, musiała mieć z czego odbudować. Trzecim, najważniejszym warunkiem zaś była konieczność posiadania przez zabitego Orgilah. Kotwicy, liny ratunkowej, dzięki której mógł wrócić na ziemię. Mało tego, że musiał być to przedmiot ważny sercu takiej osoby, jak powiedzmy broń, z którą zżył się niczym z bliskim przyjacielem, to rzecz ta musiała być naładowana magią. Wystarczyła tutaj jednak magia użytkownika, którą mimowolnie kierował w tę rzecz, nawet jej dotykając, a samemu nie wiedząc, że moc weń wkłada.
Lirael spełniała wszystkie warunki. Była potężną uzdrowicielką, została zabita, że tak to nazwać można, w jednym kawałku, oraz miała swoje Orgilah. Sigil wytworzony przez ukochanego. Symbol ważny dla jej serca, ducha. Wyładowany magią po same brzegi.
Księga informowała także, że im silniejsze Orgilah, tym odrodzony będzie sprawniejszy. Jeśli wszystkie warunki zostawały spełnione, po śmierci osobnik miał możliwość wyboru. Gdy postanawiał wrócić, pierwotnaLihaena Onearoa otaczała go, wytryskując z samej ziemi, z ciała oraz z orgilah, tworząc sferę, która po czasie pęcznienia eksplodowała, ujawniając nowo narodzonego Serwitora.
Co do genezy nazwy serwitor, pochodziła ona od żatko już używanego słowa Saervatore, oznaczającego drugą szansę.
Lirael studiowała księgę przez długie dni, odkrywając fakty o tym, czym się stała. Uczyła się też swoich nowo nabytych zdolności, związanych z mroczną magią. Nie chodziło tutaj o nekromancję, ani nic podobnego, lecz posługiwanie się samym mrokiem. Wysysanie światła, mroczne pociski stały się jej bronią. W głębi ducha śmiała się z paradoksu. Kiedyś posługująca się wyłącznie magią światła, teraz potrafiła rozkazywać także mrokom.
Elfka spędziła dużo czasu na czarnych rubieżach. W końcu jednak gdzieś w środku poczuła, że już na nią czas. Miała dziwne wrażenie, że już niedługo uda się jej spotkać z tym, który zniszczył jej życie. Jej życie i istnienia wielu niewinnych, którzy chcieli tylko przetrwać.
Udała się zatem w powrotną drogę.
Lirael wyrwała się z rozmyślań, wracając do żeczywistości. Patrzyła na oddalającego się kapitana, na idącego za nim Archila. Właśnie wtedy poczuła, że to dobry moment.
Ostrożnie wysunęła się ze swej kryjówki, stąpając cicho jak niziołek. Był to kolejny paradoks, gdysz Archil, za którym właśnie szła był święcie przekonany, że nikt go nie widzi. Idąca przed nim grupa wojska myślała to samo. A idąca na końcu Lirael widziała wszystkich, nie będąc zauważoną przez nikogo.
Czekała, aż przystanie. Chciała mieć chwilę na swoje ujawnienie się. Możliwość ta nadażyła się stosunkowo szypko, gdysz po kilkudziesięciu minutach drogi wojsko zatrzymało się na popas. Wedy to serwitorka postanowiła po rozłonce połączyć się z Archilem. Z bijącym jak młot sercem zbliżyła się do niego, delikatnie dotykając jego ramienia.
Archil wzdrygnął się, gwałtownie sięgając ręką do miecza. Odwrócił się spoglądając prosto na nią.
Widziała jego twarz. Twarz, którą tak dobrze pamiętała. Za każdym razem, gdy zamykała oczy bezproblemowo potrafiła zobaczyć ją oczami wyobraźni. A teraz widziała ją na prawdę.
Wyraz twarzy elfa zmieniał się szypko jak w kalejdoskopie. Zaskoczenie, ciekawość, niedowierzanie, niepewność, zmieszanie, przerażenie. Tego ostatniego Lirael się nie spodziewała. Wiedziała, że wygląda nieco inaczej, ale,
– Kim jesteś. – Zapytał Archil w mowie elfów, nie cofając ręki z oręża.
– Nie pamiętasz mnie? – Zapytała cicho, nadal trzymając rękę na jego ramieniu, której to z jakiegoś po wodu nie odepchnął.
– Ty, ty nie możesz być nią. – Powiedział cicho, patrząc w prost w jej oczy.
– Eam Lirael. Breal saerwatore. – Szepnęła cicho.
Wyraz twarzy stojącego przed nią elfa znów zaczął się zmieniać. Niedowierzanie, pytanie, pragnienie, by to co widzi było prawdą, aż w końcu jego ręce opadły, a twarz rozluźniła się.
– Nie wiem czemu, ale ufamn ci. Tylko jak? – Zapytał cicho, a w jego oczach pojawiły się łzy.
Lirael postanowiła zagrać w całkiem otwarte karty. Opowiedziała mu o wszystkim, co zdażyło się od momentu jej śmierci. Nie pominęła żadnego faktu czując, że i jej oczy także nie są już suche.
Zapadła głucha cisza, w której można było usłyszeć tylko powolne oddechy, oraz ciche rozmowy i rżenie koni z oddali. W końcu Archil wyszeptał.
– Laerienne thore, Lirael. –
– To proste wyznanie wystarczyło, by w oczach elfki pojawiło się więcej łez, które zaczęły spływać po jej twarzy, lecz tym razem były to łzy ulgi. Archil zaakceptował jej obecne istnienie. Uwierzył jej, choć to akurat nie było dziwne. W jej historii były fakty znane tylko im, które umieściła tam specjalnie, by uwierzył. Lecz ważniejsze było dla niej to, że została zaakceptowana taka, jaką się stała.
– Urienna, Archil. – Odparła cicho, już całkowicie nie kontrolując wycieku cieczy z jej oczu. Widziała, że jej wybranek także się nie powstrzymuje. Stali, wpatrzone jedno w drugie, a po ich policzkach płynęły strumienie łez. Łez ulgi, ponieważ odnaleźli siebie na wzajem. Po tylu przeciwnościach, niepewnościach, po rozłonce znów byli razem. Mogli kontynuować swą zemstę, oraz to, co zostało im odebrane przez popasających obecnie żołdaków. Życie.


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *