Cień 02 – Piwniczne tajemnice.

Cień siedział nieruchomo za stołem wystawionym na zewnątrz niewielkiej winiarni w centrum Ekelect. Jego wzrok nieruchomo utkwiony w glinianym, prawie opróżnionym dzbanie z podłym, tanim wińskiem wyrażał pustkę i obojętność. Wyglądał jak nomen omen cień samego siebie. Nie dbał nawet o pozory. Medalion Oka Mroku miast na szyi spoczywał w kieszeni płaszcza zawieszonego na oparciu ławy. Poruszył się nieznacznie i lewą ręką złapał się za zabandażowany nadgarstek prawej dłoni. Zacisnął palce w pięść. Poczuł przeszywający ból promieniujący aż po łokieć. Mimo wysiłku tylko dwa palce potrafiły sprostać jego życzeniu. Mały, serdeczny, a także w pewnym stopniu środkowy palec były nieruchome, a w dodatku pozbawione czucia. Jak to się mogło stać? – Cień o raz kolejny rozpamiętywał wypadek jaki go spotkał kilka tygodni temu. Już miał, prawie miał w rękach tę małą zielareczkę. Niewidoczny dla oczu postronnych skradał się z jutową liną aby szybko i bez hałasu pojmać swoją niedoszłą ofiarę. Nagle, nie wiadomo skąd, nadleciała niewielka strzała i przebiła mu na wylot prawy nadgarstek. Rana oczywiście nie była śmiertelna, ale ostry jak brzytwa metalowy grot poczynił nieliche spustoszenia w ścięgnach, nerwach i żyłach. Cień nie poskąpił złotych fantezów dla najlepszych medyków, ale jednak nawet i oni niewiele mogli pomóc na tak rozległe obrażenia. Pocieszali go, że to w sumie szczęście, że nie wdało się zakażenie, że nie stracił całej władzy w dłoni, bo gdyby grot wbił się trochę w bok i pod innym kątem to dłoń pozostałaby mu tylko dla ozdoby. Cienia absolutnie to nie pocieszało. Okaleczona kończyna diametralnie zmieniała bowiem jego sytuację życiową. Jak do licha ma dalej wykonywać swoje zadania, skoro jego prawa ręka nie jest już zdolna do pewnego i silnego trzymania oręża? Tymi dwoma, no prawie trzema palcami mógł od biedy z trudnością ująć gliniany kubek z tymi szczynami omyłkowo tylko nazwanymi winem, ale na pewno nie nóż, garotę czy miecz. Bez nowych zleceń szybko wypadnie z obiegu. Wielu przecież tylko czyhało aby zająć jego miejsce. Bez pracy zaś jego finansowe zasoby szybciutko stopnieją. Ale fakt pozostaje faktem. Był teraz jak żołnierz z odrąbaną ręką po bitwie. Niby przeżył, niby wydobrzał, ale więcej już się w życiu nie nawojuje. Jednak najgorsze spotkało go parę dni temu. Siedział wtedy, podobnie jak teraz na ławce i wlewał w siebie jakieś podłe piwsko, kiedy nagle, tak jak ostatnim razem usiadł przy nim tajemniczy zleceniodawca niedoszłego porwania. Poinformował go, że w związku z całkowitym zawaleniem przez niego powierzonego zadania on i jego mocodawca rezygnują z jego usług i żądają zwrotu pobranej zaliczki. Cień próbował udawać twardego. Żachnął się, że przecież odniósł nieliche obrażenia podczas wykonywania misji i chociażby z racji tego faktu o zwrocie pobranej kwoty być nie może, a nawet powinien dostać odszkodowanie za trwały uszczerbek na zdrowiu. Spojrzał hardo w zimne, stalowe oczy zleceniodawcy i w moment pojął, że przegrał. Odczytał w nich bowiem siłę i nieprzebrane pokłady zła i nienawiści. Nie radzę – powiedział tamten. Nie wiesz Cieniu nawet z kim zadzierasz. Baldur Lemke nie ma poczucia humoru, nie daje także drugiej szansy. Kanti także myślał, że jest sprytniejszy i gorzko zapłacił za swą pewność. Cień co nieco słyszał o wydarzeniach na przedmieściach. Nic już nie powiedział. Wyciągnął z kieszeni płaszcza mieszek i oddał bez słowa zaliczkę, którą otrzymał w karczmie grubego Kleofasa. Powrócił myślami do rzeczywistości. Chwycił gliniany bukłak, rozlał do wyszczerbionego kubka resztę wina, ujął go w kciuk i palec wskazujący, wychylił i trzasnął nim o kamienny chodnik. Kilka siedzących dookoła osób odwróciło wzrok w jego stronę. Było mu to całkowicie obojętne. Chwycił płaszcz, przerzucił go przez ramię i szybkim krokiem udał się w dół ulicy.
Przez następne dni Cień intensywnie rozmyślał. Był zły na siebie, że tak łatwo dał się zastraszyć mrocznemu posłańcowi od Lemkego. Nie dosyć, że podczas wykonywania nieskomplikowanego zlecenia postradał zdrowie, to jeszcze finalnie dał się upokorzyć i porzucić jak chory pies. Stracił władzę w ręce, pieniądze i dobrą opinię. Dał się wykorzystać Baldurowi Lemke, a kiedy okazał się niepotrzebny, bo złe okoliczności wyeliminowały go z gry to pozbyto się go jak żebraka za mury miasta. Cień przypomniał sobie niegdysiejszą wizytę w piwnicy domostwa chytrego kupca. Wszystko zaczęło układać się w konkretną całość, która co prawda nie nabrała jeszcze realnego kształtu, ale oznaczała jedno. Baldur Lemke miał swoje mroczne tajemnice. Rozkładające się zdekapitowane kobiece zwłoki w piwnicy jego domostwa, zlecenie na porwanie nikomu nie zagrażającej pomocnicy starej zielarki i jawne przyznanie się do ukatrupienia Rudolfa Kantiego świadczyły o tym, że z pozoru zwyczajna postać miejskiego kupca była dużo ciekawsza niż się to na pierwszy rzut oka wydawało. I właśnie wrodzona ciekawość Cienia spowodowała, że postanowił on odchylić nieco kotarę skrywającą sekrety domu z piwnicą.
Płomień kaganka oświetlał kamienne ściany i niski strop. Cień rozglądał się po wnętrzu sutereny. Miał szczęście. Widzianego wcześniej psa nie było w obejściu, a poza tym szalejąca na zewnątrz burza skutecznie tłumiła wszelkie hałasy. Zwłok oczywiście już nie było, ale nos Cienia zidentyfikował delikatny, charakterystyczny słodkawy zapach rozkładu. Brunatne plamy na posadzce świadczyły o tym, że napotkane ostatnim razem zwłoki nie były przywidzeniem. Przy ścianach znajdowały się jakieś beczki, butle, regały ze słojami, narzędzia rolnicze. Słowem nic szczególnego czego nie można było znaleźć w setkach innych podobnych piwnic. Morderca przechadzał się wzdłuż ścian. Lewą ręką delikatnie opukiwał kamienie. W prawej, częściowo tylko sprawnej dłoni dzierżył źródło światła. Znalazł się przy dużym regale zapełnionym jakimiś szpargałami. Spojrzał pod nogi. Rzadkie plamy zakrzepłej krwi wyraźnie kończyły się przy drewnianym meblu. Cień chwycił za półkę i delikatnie pociągnął do siebie. Z początku nic się nie stało, ale po chwili cały, ciężki regał odsunął się na zamocowanych w ścianie zawiasach odsłaniając ziejące wilgocią ciemne zejście z kamiennymi schodkami. Tu was mam, panie Lemke – Cień uśmiechnął się pod nosem. Zbadał zawiasy i stwierdzając brak zamka czy zatrzasku zanurzył się w czeluść zamykając za sobą zamaskowane wrota. Zanim znalazł się na dole naliczył czterdzieści stromych schodów. Z pobieżnych wyliczeń wyszło, że znajdował się około stu stóp pod ziemią. Stanął u wylotu nisko sklepionego korytarza z półokrągłym stropem. Powoli krok za krokiem, przyświecając sobie kagankiem podążył w dalszą drogę. Korytarz zdawał się bardzo długi, ale i Cień musiał stąpać niezwykle ostrożnie. Nie wiadomo jakie pułapki mógł skrywać ten loch. Po jakimś czasie doszedł do niewielkiego pokoju, z którego każdej ściany prowadziły dalsze korytarze. Zabójca zastanowił się, po czym wybrał przejście po prawej stronie. Szedł przez dłuższą chwilę i ponownie znalazł się w pomieszczeniu. Tym razem miało ono kształt pięciokąta. Tak jak poprzednim razem z każdej ściany ział otwór drzwiowy. W trzech z nich biegły schody prowadzące do góry. Tylko jedno przejście prowadziło w dół. Cień spojrzał na ziemię i w świetle kaganka wyłowił niewielką brunatną plamkę. Zaczął powoli schodzić w dół. Schodów nie było wiele. Po chwili znalazł się w większym, prostokątnym pomieszczeniu. Przy dwóch ścianach po bokach ustawione były drewniane ławy. Na środku spoczywała lekko pochylona wielka kamienna płyta z wbitymi hakami na czterech rogach. Do żelaznych haków przymocowane były także żelazne kajdany. Płyta posiadała wykute szerokie rowki na obwodzie, które zbiegały się w środku najniżej pochylonej ściance tworząc jakby wylot rynny. Cień pociągnął nosem. Serce zabiło mu mocniej. Krew – zidentyfikował znany mu dobrze zapach. Poświecił trochę w bok. Jego wzrok natrafił na drewnianą, rzeźbioną szafę z oszklonymi drzwiczkami. Podszedł do niej i zajrzał do wnętrza. Było puste. No prawie, gdyż na jednej z półek Cień odnalazł tajemniczy czarny, kamienny puchar stojący na orlej nodze zakończonej rubinowymi szponami. Obok naczynia leżał również kamienny czarny nóż o ostrej pofalowanej,przypominającej płomień głowni i rękojeści zakończonej głową kobry z rozwartą paszczą prezentującą rubinowe zęby jadowe. Cień oddychał nerwowo. Dodał dwa do dwóch i domyślił się, że wpadł jak śliwka w kompot. Najwidoczniej dotknął czegoś, do czego nigdy w życiu nie powinien się zbliżać. Kamienna płyta do złudzenia przypominała ołtarz ofiarny. Metalowe kajdany jednoznacznie wskazywały na rodzaj ofiar. Jakiś demoniczny kult – pomyślał z trwogą. Trzeba się stąd jak najszybciej wynosić. Zebrał z szafy znalezione artefakty do skórzanej torby, którą zabrał ze sobą i ruszył jak najciszej potrafił w drogę powrotną. Wyszedł po kamiennych schodach do pięciokątnego pomieszczenia. Od zawsze wierzył w swoją intuicję. Niejednokrotnie to właśnie przeczucie ratowało mu życie. Kiedy więc kątem oka dostrzegł błysk ostrza nie zastanawiał się tylko w mgnieniu oka uskoczył w bok, zdmuchnął płomień kaganka, wymacał ręką korytarz, którym przyszedł i puścił się w szaleńczy bieg, którego stawką było jego życie…


Opublikowano

w

przez

Tagi:

Komentarze

4 odpowiedzi do „Cień 02 – Piwniczne tajemnice.”

  1. Awatar Postukujacy
    Postukujacy

    Ooo, jak ciekawieś akcję do przodu posunął. Dobrze, bardzo dobrze. Będzie to jak rozwidlić :)

  2. Awatar MarOlk
    MarOlk

    Szkoda w sumie, że pomysł zdechł

  3. Awatar pates

    Ty nie archiwizowaleś konta przypadkiem?

  4. Awatar Zuza
    Zuza

    Ale chodzi mu o kontynuacje, bo wpisy zostały

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *